niedziela, 18 sierpnia 2013

XII. Pieczenie ciasta.



*Adsuro*
Hmmm... Jutro wigilia klasowa... Upiekę im ciasto... A co!
Zaczęłam grzebać w szafce w poszukiwaniu przepisu.
- Aaa! Tu jesteś draniu! - krzyknęłam, wyciągając zeszyt. Szybko go przekartkowałam, znajdując tym samym przepis na ulubione ciasto czekoladowe.
Podeszłam do lodówki. Sprawdziłam, czy wszystko mam. I ku mojemu zdziwieniu.. Nie. Sprawdziłam, czy mam jeszcze inne składniki. Na szczęście były. A więc poszłam założyć płaszcz, buty, szalik i opuściłam mieszkanie. Poszłam do najbliższego sklepu. Władowałam do koszyka jajka, mleko, kakao i kilka tabliczek czekolady.
- Ho ho, ładne zakupy - uśmiechnęła się kasjerka do mnie.
- Ciasto piekę - odparłam.
- Mam nadzieję, że będzie smaczne - przyjęła pieniądze, a ja spakowałam rzeczy do torby.
- Też mam taką nadzieję. Do widzenia - mówiąc to, wyszłam ze sklepu.
Patrzyłam w niebo i się zamyśliłam. Nagle na coś lub kogoś wpadłam. Spojrzałam na ową osobę.
- Co ty tu robisz? - zapytał Kastiel.
- A może ja powinnam o to zapytać? - odparłam, unosząc brew.
- Wyszedłem na spacer - powiedział.
- Aha. Jasne. W takie rzeczy to nie wierzę - zaśmiałam się.
- Mów co chcesz - burknął. - A ty?
- Mam zamiar piec ciasto. Poszłam do sklepu po składniki - odpowiedziałam. - Chcesz może wpaść i pomóc? Pieczenie z kimś jest zabawniejsze niż samemu.
- Ehh... Skoro nalegasz... - podrapał się w głowę.
- Niech będzie, nalegam - uśmiechnęłam się.
Szłam obok niego, patrząc się tępo w ziemię.
- Coś cię martwi? - spytał nagle.
- Nie, skąd takie pytanie? - uniosłam głowę, zwracając wzrok na niego.
- Wydawałaś się zamyślona - odparł, wzruszając ramionami.
- W prawo idziemy - zaśmiałam się, kiedy on skręcił w lewo. - Tylko nee-san wie gdzie mieszkam - wypaliłam nagle.
- A dziewczyny z klasy u ciebie nigdy nie były?
- Nie. Tylko Aya.
- Dlaczego się z nią przyjaźnisz? Przecież jesteście jak niebo i ziemia. Ona jest spokojna, a ty taka...
- ...mała, wulgarna, agresywna? Przeciwieństwa się na ogół przyciągają! - odpowiedziałam, śmiejąc się. - Nie wiem, tak jakoś... Mimo że jesteśmy inne, to świetnie się rozumiemy. Czasem nie muszę nic mówić, a ona wie o co chodzi. Ona jest moją przyjaciółką najdłużej ze wszystkich, które miałam. Jest dla mnie jak rodzina, któr.. - mówiłam i wtedy kichnęłam.
- Na zdrowie - powiedział Kastiel.
- O! Już dotarliśmy! - zawołałam wskazując na blok, w którym mieszkam. Weszliśmy do środka i po schodach dotarliśmy na pierwsze piętro. Zaczęłam po kieszeniach szukać kluczy.
- Daj, przytrzymam ci tę torbę - mówiąc to wziął ode mnie siatkę, a ja wyjęłam klucze i otworzyłam drzwi do mieszkania.
On, jak tylko wszedł, rozejrzał się.
- Spodziewałem się niebieskiego domu, a tu niespodzianka. - Powiedział w końcu.
- Nie rozumiem, dlaczego miałabym mieć niebieskie mieszkanie?
- Bo na ogół coś masz niebieskiego. Nie licząc włosów i oczu.
- Lubię ten kolor, ale bez przesady. Są inne kolory na tym świecie, które mi się podobają.
- Tak, widzę, jeszcze lubisz zielony.
- Tylko przedpokój jest zielony! - zawołałam, machając rękoma.
- A reszta? Niebieska? - zaśmiał się pod nosem. Zrobiłam naburmuszoną minę i zdjęłam płaszcz, a potem buty.
- Kuchnia jest beżowa, salon jasno-zielony, łazienka to połączenie szarości i niebieskiego, a mój pokój niebieski z fioletowymi akcentami. I mam wiele białych rzeczy! - wzięłam siatkę, zostawiając go w przedpokoju.
- No nie obrażaj się tak! - krzyknął, wieszając kurtkę na wieszaku. Zrzuciwszy buty, dogonił mnie.
- Nie jestem maniaczką niebieskiego. Po prostu ten kolor przypomina mi o tacie - odezwałam się w końcu. Spojrzał na mnie, a ja na niego. - Twierdził, że niebieski jest najpiękniejszym kolorem - westchnęłam. - Zabierajmy się do pieczenia. - Weszłam do łazienki, wzięłam gumkę do włosów, związałam je i wyszłam. Złapałam Kastiela za rękaw i zaciągnęłam do łazienki. - Przed pieczeniem umyj ręce! - zarządziłam i sama to zrobiłam.
- Tak właściwie, to po co pieczesz to ciasto? - spytał się już w kuchni, jak wyciągałam wszystkie składniki.
- A po co się piecze ciasta? Do jedzenia przecież! - odparłam.
- Z jakiejś okazji..?
- Na wigilię klasową.
- Po cholerę?
- Bo mam taki kaprys. Teraz mieszaj - dałam mu miskę ze składnikami i łyżkę. Sama zabrałam się za przygotowanie blaszki do pieczenia, a potem nadzienia. Wzięłam mikser i zaczęłam miksować ubite na pianę białka z rozpuszczoną czekoladą. Kastiel nastawił mi urządzenie na najwyższe obroty i masa ubrudziła i mnie, i jego.
- Kto normalny ustawia na najwyższe obroty?! - krzyknęłam.
- Masz trochę czekolady na twarzy - zaśmiał się i zlizał ją z mojego policzka.
Zarumieniłam się od tego, co przed chwilą zrobił. Schyliłam nisko głowę, by na mnie nie patrzył.
Jak już skończyliśmy ciasto odkroiłam dwa kawałki dla siebie i dla niego na spróbowanie.
- I co? Dobre? - spytałam, gdy siedzieliśmy na brązowej kanapie.
- Świetne - odpowiedział zjadając cały kawałek.
Naprawdę... Uwielbiam, kiedy smakują komuś moje wypieki.

1 komentarz:

  1. Omo! Boskie ^^ Uwielbiam kiedy chłopak z dziewczyną pieką ciasta , nie wiem czemu... ale uwielbiam ^^

    OdpowiedzUsuń